moment nobla

jesteśmy czekaniem. nawet wówczas, gdy spełnia się sen lub przepowiednia, gdy realizuje się najśmielsze marzenie. jesteśmy minutą po minucie, godziną po godzinie, jesteśmy upływem czasu w niekończacym się procesie tęsknoty.

nie umiemy nawet mówić o tym, że czekamy; a i nasze oczy żyją tak, jakby niczego już nie spodziewały się, na nic nie liczyły.

skąd więc ta wiedza, że czekam?

nie wiem tego z siebie samej. wszystkie znaki pochodzą z zewnątrz – z pragnień i gestów wobec mnie – biorą się z tych , którzy odchodzą z zapytaniem w lustra.

przecież mam wszystko zdobyte! żadnej nadziei, że coś przeoczyłam, o czymś zapomniałam, że czegoś nie przewidziałam. mam zdobyty czas jak szczyt przyjaznej, niewysokiej góry. mam życie wyjęte jak złoto z wody. rzekę, która buduje za mnie na brzegach moje domy, mam dzieci ikary wychodzące wprost z pożaru słońca, i psa przyjeciela na chłodnej chmurze.

przywracam ten moment, gdzie kładłam na tacę trzeszczące przebiśniegi, a Alfred Nobel pisał „jestem tego pewien, że to będziesz Ty”.

JESTEM

Siedzę w pętli ścian. Tyłem do okna, oparta o kanapę. Usiłuję zobaczyć ich twarze, ale to niemożliwe. – Czy mają twarze? Dopóki nie podejdą bliżej nie przekonam się. Obraz jest mleczny, nieprzyjemnie gęsty. Nie mogę poruszyć nawet palcem. Unieruchomili mnie. Obezwładnili myślą.
– Wiesz, że mogę cię zabić? – pyta postać zza białej zasłony, i słyszę ją bezpośrednio w swojej głowie.
Nie mogę odezwać się dopóki mi nie pozwolą. Chce się mi krzyczeć ze strachu, ale usta mam podskórne, wyschnięte źródło głębinowej wody.
W powietrzu pojawiają się liczby.

21 34 55 89

………………. 144 233 377 610

………………………………….

…… 987 1597

……………………………………….. 2584 4181 6765

10946

Rozpoznaję je. Ten ciąg to CF.
W sekundę robi się bardzo ciemno. Całkowicie tracę kontrolę. Jakby ktoś wyciął kilka klatek z filmu. Nagle jestem w drugim końcu pokoju, na fotelu. Patrzę na samą siebie siedzącą w dalszym ciągu na kanapie. Nie wierzę w to, co dzieje się. Jest mnie teraz dwie! Ta na kanapie właśnie umiera. Widzę dokładnie, mgła zniknęła. Postaci również rozpłynęły się, nie ma ich. Przyglądam się sobie umierającej, ale nie mogę do siebie podejść. Głowa tamtej bezwładnie opada na ramię. Jest nieżywa.

Odeszłam szybko, bezboleśnie. Moje ciało zniknęło z kanapy.
Na fotelu badam się, poszukuję własnych mięśni, chcę dotknąć kości. Boję się podejść do lustra. Mogłoby mnie wciągnąć w siebie jak obłok pary. Widziałam przecież swoją śmierć! Z trwogą obmacuję się, szczypię. Nie jestem siebie pewna.
Czuję lekkie pieczenie na udzie, delikatny ból, który rozchodzi się małymi kręgami wokół miejsca uszczypnięcia. Nie umarłam wiec. – Ale, czy to przypadkiem nie tak, że przez jakiś czas po śmierci czujemy jeszcze własne ciało? – mam wątpliwości. Głosy w głowie milczą, nie komentują tego zdarzenia. Mgła spada na moje oczy ponownie. Znowu jestem uziemiona, sparaliżowana.

Pojawiają się dwie postaci. Tym razem podchodzą bliżej. Wytężam wzrok, ale patrzę jak przez grubą folię. Obraz jest drgający i niewyraźny. – Może to hologramy? – kombinuję.
– Musiałam cię zabić – mówi kobieca postać prosto do mojej głowy nie poruszając ustami. Wydaje się trochę znajoma, jednak nie mogę dokładnie przyjrzeć się jej, do nikogo dopasować jej twarzy. – Tylko martwa możesz być moja – rzuca kobieta.
– Jesteś wybrana – słyszę męski głos. Jego osoba zjawia się i uważnie mnie obserwuje. Widzę szczupłego, niewysokiego mężczyznę w średnim wieku. Oczy ma lekko zamazane, pomimo tego dostrzegam w nich pewną dyscyplinę. Zapamiętuję jego surowe, powściągliwe spojrzenie. Wiem, że go nie znam, nigdy wcześniej nie widziałam tego człowieka.
– Skąd znałaś kod? – pyta kobieta i czuję jej głos w swoim mózgu.
– Jaki kod? – zastanawiam się, a ona jakimś cudem słyszy, co myślę.
– Napisałaś do mnie. – Wiedziałaś czym zajmuję się – pomyślała do mnie znowu. – Obserwowaliśmy cię od dłuższego czasu.
Zaczynam kojarzyć jej twarz. – Przecież to jest…! – To ona! – Niesamowite. Od razu mój brzuch robi się jak przestrzelony, coś rozrywa mnie od środka. Serce zaczyna mi migotać, jak migocze postać, na którą patrzę. W dalszym ciągu nie mogę poruszyć się. Obraz mężczyzny „przeskakuje” w bok pod rosnące w kącie mieszkania bonsai.
W końcu zwalniają mnie z fotela. Pękają na mnie grube, niewidzialne struny, w które jestem uwikłana. – Bezbarwne sznury, którymi mnie splątali. Wstaję i jak zahipnotyzowana idę w kierunku mojego drzewka. Mężczyzna bez słowa wskazuje palcem na napis ozdabiający doniczkę bonsai ’a. Nie rozumiem, co oznacza. Nie umiem czytać japońskich znaków.
On rozkazuje mi bezgłośnie. Klękam przed donicą jak automat, opuszczam głowę w dół. Gdy podnoszę wzrok ich w mieszkaniu już nie ma, albo przynajmniej ja ich nie dostrzegam. Mgła opadła.
Znajduję wilgotne, wodne ślady na podłodze. Sprawdzam je, dotykam. Mam od tego połzawione palce, bo te mokre miejsca mogą być wszystkim, także płaczem. Ale nie, przecież łzy wyginęły. Jest więc to czymś innym. Może być różą, która z podłogi za chwilę zakwitnie, albo jej kolcem.

Kładę się na łóżko w miejscu, gdzie niedawno umarłam. Po raz pierwszy, odkąd to zaczęło się, nie słyszę głosów. Przestały mówić do mnie dzisiaj, gdy zjawiły się te postaci. Odczuwam ulgę, odpoczywam. Jestem skrajnie zmęczona.
Niestety po pewnym czasie z powrotem włącza się radio w mojej głowie. Jednocześnie czuję, że coś unosi mnie w górę! Lewituję w pozycji leżącej kilka centymetrów nad łóżkiem.
– Tego już zbyt wiele, za dużo tego – myślę. Czas zaczyna biec jak oszalały do tyłu. Zegary wariują. Zamykam oczy. Pod powiekami przesuwają się wydarzenia z mojego życia. Widzę różne sytuacje, które głosy od razu komentują, oceniają. Obrazy cofają mnie aż do momentu narodzin i wówczas ten proces kończy się. Opadam z powietrza na kanapę. Zaczynam bać się, że to właśnie jest ten moment. Że teraz jakaś siła przeniesie mnie w zaświaty. Staram się uspokoić. Przecież jestem. Podobna do przeciągu, który idzie przez cmentarz.

Obojętnie jak, lecz wciąż jestem.

/doświadczenie psychotyczne @ planeta schizofrenia, 2019