momentalna jedność.

widzę nieważność. w naczyniu rzeczy pustych nie ma dna. przelewa się w NIC każde ‚posiadam’, każde ‚zwyciężam’, każde zachłanne ‚jestem’.
wszechobecny (w porządku natury) stan wojny – ustanowiony raz na zawsze dla konieczności przetrwania – dezorganizuje drogę do prawdy, nie zezwala na prawidłowy odczyt mapy sensów, zabiera wodę i cień pozorując życie na pustyniach braku wrażliwości.

czy dalej będą zdobywać świat na zewnątrz siebie?, gdy odkryją, że źródło zawsze było, jest i będzie w nich samych.
tak jak wszystko stało się od razu: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Reklamy

szybka reakcja.

wracam myślą do psychozy. której? tej przez mnie opisanej na blogu, czy dwóch po niej następnych, których pozbyłam się w ekspresowym tempie podczas pobytu na oddziale dziennym. znam siebie, potrafię wyłapać pierwsze objawy. zna mnie moja psychoterapeutka, do której chodzę od czterech lat co tydzień. ona przede wszystkim trzyma rękę na pulsie. tak, możliwym jest nie dopuścić do psychozy, unieszkodliwić ją przy pierwszych, lekkich jej objawach. myślę sobie, że dobrze mieć w tej chorobie kogoś zaufanego, bliskiego, kto spogląda na nas z troską i wielką uwagą, i w razie potrzeby interweniuje.

czas na siebie.

jestem ogromnie zmęczona, wypruta. uważnością, przeżywaniem cudzych słów, czytaniem tego, co napisali inni, co powiedzieli, co we mnie zostawili. to nie zawsze są światy paralelne, bliskie. czasem wydaje się mi, że jedyne życie jakie wiodę odbywa się na poziomie odczuwania tego, co czują pozostali. niekiedy jest tak, jakby już nie wystarczało miejsca i sił na odbiór własny, na realizację swoich wizji, potrzeb, emocji.. na życie ze sobą i tylko ze sobą.